Polski plakat – towar eksportowy na wagę złota

Polski plakat - towar eksportowy na wagę złota

Martin Scorsese powiedział, że twórcom polskich plakatów filmowych udaje się zawrzeć całą syntezę filmu. Rodzima sztuka plakatu stała się niedoścignionym wzorem. Dziś przeżywa renesans i doczekała się godnych kontynuatorów.

Początkiem grudnia ubiegłego roku warszawski Dom Braci Jabłkowskich na czterech kondygnacjach zapełnił się barwnymi plakatami. Piąta odsłona Targów Plakatu zakończyła się wielkim sukcesem frekwencyjnym i rekordową liczbą gości. Na naszych oczach plakat przeszedł transformację, czego pokłosiem jest jego rosnąca popularność. Niegdyś był przedmiotem sztuki użytkowej - powstał w określonym celu i miał nieść ze sobą precyzyjne informacje, dziś plakaty urastają do rangi dzieł sztuki, którymi zapełniane są polskie mieszkania. Ich nabywcy chcą przekazać komunikat o tym kim są i co ich definiuje.

Wojciech Fangor "Niewinni Czarodzieje"

Za złotą erę polskiego plakatu uznaje się lata 50-te, 60-te i 70-te. Jej owoce dalekie były od zasad sztuki reklamy wizualnej. Grafiki były mocno naznaczone stylem tego, który powoływał je do życia. Szczególnie rozsławiony poza granicami kraju został polski plakat filmowy. Charakternym plakacistom daleko było od zachodniego stylu bazującego na przedstawieniu wizerunku ekranowych gwiazd opatrzonego krzykliwymi nazwiskami. Polskie plakaty filmowe nie sprzedawały nazwisk, w założeniu stawiały widza na pierwszym miejscu i miały stanowić dla niego łamigłówkę, którą nierzadko zdolny był rozwiązać dopiero po seansie. Graficy bawili się kolorem, formą i symboliką. Zazwyczaj ich aktywność plakatowa działa się w „międzyczasie”, w przerwie od stałych, „poważniejszych” zajęć. Jednak rozdzielenie dwóch dyscyplin było niemożliwe, a artyści nawet w komercyjnych zleceniach myśleli szeroko. Tak na przykład Wojciech Fangor - abstrakcjonista, pierwszy (i jak do tej pory jedyny) Polak z indywidualną wystawą w nowojorskim Muzeum Guggenheima stworzył kolażowe plakaty do „Niewinnych czarodziejów”  czy „Czarnej Carmen”. Absolwent architektury - Jerzy Flisak zilustrował między innymi: „Rzymskie wakacje” czy „Wielkiego Gatsby’ego”.

Najgorętsze nazwiska plakacistów, na których twórczość oczy zwrócił świat to Waldemar Świerzy i Andrzej Pągowski - ambasadorzy polskiej sztuki plakatu. Pierwszy z nich został uhonorowany między innymi przez Międzynarodową Wystawę Plakatu Filmowego w Wersalu, Biennale w Sao Paulo, czy tygodnik „Hollywood Reporter”, który wyłonił dwie prace Świerzego - „Ziemię obiecaną” i „Psy wojny” w konkursie plakatów filmowych. Z ponad tysiącem plakatów na koncie artysta stał się specjalistą w swoim fachu. Swoją wiedzą i doświadczeniem dzielił się między innymi ze studentami na uniwersytetach na Kubie, w Meksyki i Niemczech. Operował prostą formą i nieśmiałą abstrakcją. Jego styl ewoluował na przestrzeni lat z socjalistycznych obiektów i podobizn do prac, w których Świerzy z wprawą i zmysłowością używał śmielszych kształtów i barw. Wychowankiem Świerzego i jego godnym kontynuatorem został Andrzej Pągowski.

Po obronieniu dyplomu u swojego mentora stał się twórcą, który tworząc swoją tożsamość jako artysty, zaczął budować markę, dziś znaną na całym świecie. Abstrahując od zdolności graficznych Pągowskiego, do jego sukcesu bez wątpienia przyczyniła się bezwarunkowa miłość do dziesiątej muzy. Fellini, Kieślowski, Kurosawa - to reżyserzy, którzy ukształtowali Pągowskiego jako artystę. Odwdzięczył się tym, co najlepszego miał do zaoferowania - swoją pracą. Jego plakaty do trylogii „Niebieski”, „Biały”, „Czerwony” to ukłon w stronę symbolizmu polskiej szkoły plakatu, o którym mówił Scorsese. Podobnie „8 i 1/2”, w którym na równi z grafiką liczy się typografia. Styl Pągowskiego zmieniał się na przestrzeni lat. To romansował z minimalizmem i kilkoma dominującymi kolorami, to porywał się na odręczne rysunki z charakterystyczną, dynamiczną kreską i gradientem barw. Niezmiennie jednak liczyła się symbolika i nierzadko dwuznaczny, satyryczny wydźwięk.

 

Nowe pokolenie grafików, których prace bardzo często powstają nie tyle we wsparciu technik cyfrowych, ale tworzone są od podstaw z pikseli, bez wspomagania się kartką i ołówkiem skłania się jednak coraz bardziej w stronę uproszczeń. Wyciągają z filmów to, co dla nich kluczowe, sprowadzając grafikę identyfikującą obraz do poziomu niemalże logo. W mainstreamie zawsze dominować będą oparte na fotosach plakaty, których celem jest sprzedaż. Druga grupa plakatów artystycznych zyska jednak większy poklask i ma szansę zaistnieć, jeśli nie w przestrzeni galerii sztuki, to domowym zaciszu. Wśród nazwisk młodych, dobrze rokujących plakacistów filmowych można wymienić między innymi: Marcelinę Amelię i jej prace ilustrujące „Lost in Translation” czy „Czarnego łabędzia” oraz Paulinę Dudek, która o filmach obrazami opowiada za pośrednictwem sylwetek i kostiumu.

Jedno jest pewne - plakat polski nie zginie. Swoją zasługę ma też w tym Polski Instytut Sztuki Filmowej, który od twórców filmów dotowanych wymaga dostarczenia dwóch wersji plakatów - dystrybucyjnego i artystycznego.

autor: Katarzyna Siewko